STOWARZYSZENIE RODZIN DYPLOMATÓW RP         O NAS :: ZARZĄD :: STATUT :: CZŁONKOSTWO :: KONTAKT
    Ciekawostki z placówek       |     Linki         |     Dobre praktyki       |     Sprawozdania       |     Kronika       |     Konferencje EUFASA      

WIESCI Z PLACÓWEK

(Aby powiększyć zdjęcie kliknij na obrazek)

EWA PERNAL z Argentyny
czerwiec 2017

Prowincja La Rioja - czyli znów w środku niczego
La Rioja jest kolejną prowincją u podnóża Andów, którą odwiedziliśmy.
Podobnie jak poprzednie- Jujuy, Salta, Tucuman, San Luis, San Juan jest niemal niezamieszkała, ale w odróżnieniu od pampy, która jest płaską, beznadziejną równiną ciągnącą się na południu i wschodzie
Argentyny, krajobraz jest tu bardziej zróżnicowany. Nie ma wprawdzie upraw - z wyjątkiem oliwek
i orzechów- ani zwierząt hodowlanych, są natomist kaktusy i kolące krzewy, czerwona pustynia, niezwykłe formację skalne, dalej barwne góry Prekordiliery, a za nimi majestatyczne, pokryte wiecznym śniegiem sześciotysięczniki Andów.













Kiedyś podobno klimat był wilgotniejszy, a pustynię porastała bujna roślinność, o czym
świadczą wykopywane tam szkielety ogromnych dinozaurów. Potem coś poszło nie tak i obecnie żyją tam wyłącznie endemiczne gatunki, obywające się niemal bez wody- guanako, male, szare liski pustynne i mary- rodzaj zielonego królika.













W takich okolicznościach przyrody nasza ambasadorska grupka budziła zrozumiałe zainteresowanie i została otoczona troskliwą opieką policji i wojska. Nie zapobiegło to wprawdzie utknięciu w piaskach, ale dzięki wysiłkowi ambasadorów udało się wypchnąć autokar, za co zostali nagrodzeni ponchami przez gubernatora.













Na samym końcu stało się jasne, ze tzw. podróż studyjna była elementem kampanii wyborczej tegoż,
ale wtedy można było już tylko nacieszyć się smakiem koźliny i tańcem z gauchami.

EWA PERNAL z Argentyny
maj 2017

Kraj w ruinie
Dla niektorych rodaków należałoby urządzać wycieczki studyjne do Ameryki Południowej,
aby zobaczyli i porównali, jak wygląda kraj w ruinie.













Wybrałam przykłady nie z Paragwaju czy Boliwii, ale Salwadoru w Brazylii i Rosario w Argentynie. Oba są dużymi miastami, pierwsze było stolicą, drugie najbogatszym portem, na giełdzie którego dyktowano
światowe ceny płodów rolnych.














Centrum Salwadoru zostało uznane przez UNESCO za Patrimonio de la Humanidad,
Rosario znajduje się na liście światowych zabytkow modernizmu.
















Oba kraje należą do G-20 - najbardziej rozwiniętych panstw świata. Zdjęcia zostaly zrobione w ścisłym
centrum każdego z miast.



EWA PERNAL z Argentyny
maj 2016

Straszne buty
Jak widać na załączonych zdjęciach propozycje obuwia zimowego nie różnią się specjalnie od wersji letniej, pozostając kształtem zbliżone do kopyt, co nie powinno dziwić w kraju gauczów. Stylistyka ta jest natomiast zdumiewająca, jeśli się weźmie pod uwagę, że niemal połowa Argentyńczyków ma korzenie włoskie, a więc pochodzi z kraju słynącego z wzornictwa obuwia.













Moja teoria jest następująca; dobrzy szewcy zostali w Italii, a nieudacznicy wyemigrowali do Argentyny.
Początkowo obuwie produkowano , wciskając stopę w jeszcze ciepłą skórę zdartą z końskiej lub krowiej
nogi (nie znam szczegółów dotyczących wyprawy).
Potem skóry wyprawiano, a następnie owijano nimi nogi. Często z takich bucików wystawały palce, ale że gaucchowie całe życie spędzali na koniu, wystarczyło odpowiednio zmodyfikować strzemiona.













Oczywiście to już przreszłość i obecnie w tej dziedzinie zrobiono wielki Krok naprzód, zwłaszcza
jeśli chodzi o obuwie dla czworonogów.













EWA PERNAL z Argentyny


kwiecień 2016
Życie dyplomatyczno - towarzyskie w Argentynie
Życie dyplomatyczno - towarzyskie w Argentynie jest tak ożywione, że nie zostawia czasu nawet na spanie.  Być może, bezmiar oceanu, a póżniej bezkres argentyńskich przestrzeni spowodował u potomków emigrantów ciągłą chęć przebywania w grupie, spotykania się, całowania w absolutnie w kazdej sytuacji.
Zwyczaj nakazuje, aby pacjent, wchodząc do gabinetu, całował się z lekarzem, pielęgniarką i sekretarką medyczną - podobnie wychodząc.  Widziałam też calujących  się policjantów, żołnierzy....
Wydaje mi się, że strażacy wzywani do pożaru, nie wyjeżdzają nie dawszy buziaka kolegom.
Wymieniwszy całusy,  rozmawia się zwykle przez chwilę, więc potem wypada znów się pożegnać...
 Korpus zachowuje się podobnie- całują się Finowie, Szwedzi, Anglicy, a nawet Japończycy.
Potem wszyscy zaczynają mówić jednocześnie- chyba do siebie, bo w tym hałasie i tak nic nie słychać.
Już ja to znoszę z trudem, ale wyobrażcie sobie Marka " el hombre de pocas palabras"  .
 















W związku z tym postanowiliśmy spędzić Święta na pograniczu Boliwii, Argentyny i Chile.
Przez całkowite pustkowie, na wysokości 3500- 4500  prowadzi jedyna droga, którą przebiega szlak handlowy z Chile.
Wokół wznoszą się, miejscami bajecznie kolorowe góry. Najwyższy szczyt, wulkan Llulliallaca, gdzie Inkowie składali dzieci na ofiarę bogom,  ma ponad 6,500m.
W grobowcu na szczycie odnaleziono trójkę dzieci, w absolutnie nienaruszonym stanie. Obecnie konserwacją znaleziska zajmuje się Polak i opowiada fascynujace rzeczy- ale o tym potem.














ANNA KASZUBA Prosto z Caracas



21 grudnia 2012
Wigilia w Wenezueli
W Wigilię w Wenezueli nie obowiązuje post, je się sałatkę z gotowanych jarzyn z mięsem z kury i majonezem," pan de jamon", czyli drożdżową roladę z szynką, oliwkami i rodzynkami, hallacas-kawałki pieczonego mięsa wołowego i wieprzowego z cebulą, papryką, rodzynkami i różnymi przyprawami, zawijane w masę kukurydzianą, następnie obwijane w liście bananowca, obwiązywane sznurkami i gotowane w wodzie. Po 15 min. wyjmuje je się z wody(przypominają ciemno- zielone pakieciki 14x7 cm), delikatnie rozwija z liści i podaje każdemu na talerz. Jest to danie bardzo smaczne, ale pracochłonne- wykonywane zawsze rodzinnie, co jest okazją do spotkań przedświątecznych całych rodzin.W okresie przedświątecznym zaprasza się też znajomych na degustacje, każda rodzina jest bardzo dumna ze swojego przepisu na to danie. Choć na zewnątrz wygląda podobnie, niczym naleśnik, to składniki mogą zupełnie się różnić w zależności od regionu i preferencji rodzinnych ( nad morzem dodaje się ryby, w górach  jagnięcinę.
Na deser je się papaję w syropie, tort czekoladowy lub babkę włoską. Dekoracje świąteczne podobne,zwykle chińskiej produkcji.Można też kupic prawdziwe świerki z Kanady, ale są bardzo drogie.Choinki strzegą tradycyjnie całe kolekcje "dziadków do orzechów"- drewnianych figurek w najrozmaitszych strojach i rozmiarach.

5 października 2012r.

Czas szybko płynie Piotr zajęty organizowaniem pracy w Ambasadzie, ja w rezydencji. Trzeba mieć tu dużo cierpliwości, bo zdobycie podstawowych produktów zabiera ogromną ilość czasu, a i jakość jest nieporównywalnie gorsza od europejskiej. Caracas położone na kilku wzgórzach i dolinach, wiecznie zakorkowane, pełne kontrastów. Dzielnice slumsów, brudne i niebezpieczne a obok- oddzielone wysokimi murami, strzeżone, bogate dzielnice. Świt mamy o godz.5 a słońce wychodzi o 6 rano i jest to najpiękniejszy moment dnia. Bardzo lubię wychodzić do ogrodu i śledzić papugi, które latają zwykle parami wrzaskiem przeganiając inne ptaki z palm i drzewek mango. Góry ze szczytem 2500m.n.p.m są dobrze widoczne, zasłaniają wprawdzie morze Karaibskie, ale chronią też przed upałami. Rezydencja mieści się w starym domu w stylu kolonialnym, zbudowana na planie litery L. Wszystkie rozsuwane drzwi z salonów i jadalni wychodzą na okalający , zadaszony taras, skąd roztacza się piękny widok na góry i położony na stromej skarpie ogród. Niestety trzęsienie ziemi w 2008 r i ulewne deszcze podmywają skarpę powodując obsuwanie się terenu. Jak porównałam z planem działki, to obecnie zapadnięte jest ok. 180 m2. Jest to znany problem dla mieszkańców Caracas. Wszystkie, zamieszkałe wzgórza wymagają ciągłego wzmacniania, często są pokryte betonem. Mały basen, który był ozdobą ogrodu-jest nieczynny , popękany i przechyla się w kierunku opadającej skarpy. Obawiam się, że nie uda nam się w tym roku go wyremontować i zabezpieczyć skarpę, bo przed wyborami prezydent Chavez zaangażował wszystkie firmy budowlane do realizacji jego obietnic wyborczych sprzed lat. Jesteśmy w ważnym miejscu i ważnym momencie , który może zadecydować o przyszłości całej Ameryki Południowej .W najbliższą niedzielę odbędą się wybory prezydenckie w Wenezueli. Po raz pierwszy od wielu lat wynik wyborów jest nieprzewidywalny. Istnieje szansa na zwycięstwo zjednoczonej opozycji- Caprilesa Radońskiego(jego matka jest Polką).Staramy się być neutralni, uszanujemy wybór większości- oby tylko nie doszło do zamieszek i strzelaniny. Czuje się napięcie, trwa wykupywanie w sklepach, ceny rosną, kolejki po benzynę długie. Ambasady przygotowują się nawet na ewentualność ewakuacji. W naszej ambasadzie też stan gotowości . Mamy zapasy wody, żywności, świece, baterie. W poniedziałek wszyscy mają pozostać w domach. Są zakupione krótkofalówki. Tak więc nasz pobyt zaczął się od dużych emocji spolaryzowanych, jak wszystko w WENEZUELI.. Biegunem bardziej pozytywnym jest piękno tego kraju, wspaniały klimat. Wjechaliśmy jeepem na szczyt Avilla, który widzimy codziennie z domu, a który jest popularnym miejscem rodzinnych, niedzielnych wypadów dla mieszkańców Caracas. Można wjechać najwyżej na świecie zawieszoną kolejką linową, terenowym samochodem lub wejść pieszo! Szkoda ,że pogoda się załamała( do listopada trwa jeszcze pora deszczowa) i nie zobaczyliśmy morza. Pojechaliśmy nad morze w ostatnią sobotę. Była to wyprawa trzema jeepami przez dżunglę, korytami rzek, przez uskoki , zapadliska, przez które nie wierzyłam ,że można przejechać. Prowadził i opiekował się nami, tj. pracownikami ambasady nasz kierowca miejscowy. Pokazał nam piękną pustą ,rajską plażę jak z folderów (Playa Paradiso), ciągnącą się kilometrami, z palmami kokosowymi i przejrzystą wodą. Warto było jechać 3 godziny po wertepach i błocie! Nasz przewodnik zawiózł nas też pod wodospad, gdzie mogliśmy popływać w utworzonym pod nim jeziorku, co chwila zerkając jednak czy nie skacze ze skał jakiś popisujący się ciemnoskóry młodzian. Po ochłodzeniu się w górskiej rzece przejechaliśmy do innej , małej, nad którą siedziało kilka rodzin. Nie wydawało się to miejsce specjalnie atrakcyjne dopóki nie zobaczyliśmy, a ściślej mówiąc nie poczuliśmy, że wystarczy wygrzebać sobie kilkucentymetrowy dołek, by znaleźć się w gorącej kąpieli. Gorące źródła- następne bogactwo tego pięknego kraju! Zaimponował mi nasz kierowca Cris- nie tylko wspaniałą organizacją całej wyprawy,(łącznie z grillem na plaży)ale tym, że z każdego miejsca zbierał do torebki plastykowej śmieci, puszki po turystach. Szkoda, że blisko Caracas są tylko zatłoczone plaże, na które Wenezuelczycy wjeżdżają samochodami i piknikują, każdy przy swojej muzyce z potężnych głośników w samochodach. Tyle wieści prosto z Caracas, zobaczymy, co nam przyniosą najbliższe dni, o czym napiszę następnym razem...

Piątek, 19 października 2012r.

Życie wraca do normy. O wyborach przypominają tylko plakaty na mieście zaznaczające strefy poparcia, (w ładniejszych, czystych dzielnicach Caprilesa-Radońskiego, w biedniejszych i zaśmieconych- więcej Chaveza). Prezydent Chavez rozpoczął kolejną kadencję, a my rozpoczęliśmy życie dyplomatyczne, co przekłada się na coraz większą ilość spotkań .Piotr, zgodnie ze zwyczajem, umawia się na wizyty u ambasadorów akredytowanych w Wenezueli, a ja towarzyszę mu na spotkaniach z okazji Świąt Narodowych poszczególnych krajów. Bacznie obserwujemy gdzie są urządzane, jak, kto nadaje jaki charakter spotkaniu. Ostatnio codziennie po południu tropikalne ulewy. Ulice zamieniają się w rzeki i tym bardziej nie widać dziur, a potrafią tu być nawet otwarte studzienki, które czasem zaznaczane są tylko gałązkami! Miasto podczas deszczu jest sparaliżowane. Normalne tu korki stają się gigantyczne, a objazdy przez wzgórza - niebezpieczne, bo niektóre zakręty źle wyprofilowane, nie odwodnione są przyczyną wielu stłuczek i dodatkowych blokad na wąskich przejazdach. Tu nikt się nie spieszy, sprawy załatwia się powoli, za to przyroda wynagradza nas sowicie! Dzisiaj ogrodnik przyniósł mi papaję i pomarańcze ( wspaniałe na sałatkę).Wciąż jeszcze można dostać późne odmiany mango z Macaraibo. Odkryliśmy też avocado, zwane tu aguacata. Można go jeść samo z czosnkiem, trochę posolone. Pycha! Niektórzy smarują nim chleb jak masłem, robią zupy itd. Wspaniały jest też koktajl z mango i marakuji zwanej tu pachita. Miksuje się, dolewa wody, przecedza z pesteczek i obowiązkowo dodaje lodu. Dziwny to kraj-woda, kawa są tu droższe niż benzyna! Zachwycam się ptakami, które spotykam w ogrodzie: od małych kolibrów po wielkie (90 cm)bajecznie kolorowe papugi Guacamayo. Dzisiaj obudziłam wiewiórkę na palmie- spała przykryta własnym ogonem. Są trochę drobniejsze niż nasze i mają ciemniejszy koniec ogonka.

Sobota, 26 października 2012r.

Razem z kilkoma ambasadorami Unii Europejskiej (Hiszpanii, Francji ,Wlk. Brytanii, Belgii, Holandii, Rumunii) pod wodzą ambasadora unijnego- Antonia Moto wyruszyliśmy do posiadłości Santa Teresa w pobliżu Aragua. Byliśmy gośćmi rodziny Vollmer , która od przeszło 200 lat osiadła w Wenezueli i na ogromnych obszarach uprawia trzcinę cukrową. Zbudowali całe imperium- najbardziej znaną w kraju fabrykę rumu. Piękny stary dom z patio- hacjenda, jak za czasów Bolivara. Podziwiałam wspaniałą organizację. Zaczęliśmy od spotkania na dawnej stacji kolejowej, gdzie była oficjalna prezentacja projektu „Alcatraz”,wypowiadali się wszyscy zaangażowani w projekt. Zaczęła pięknie seniorka rodu- p.Cristine (dystyngowana, elegancka starsza pani), potem jako współfinansujący przedstawiciel Unii Europejskiej – ambasador UE, władze Gminy, komuny, policji i Alberto – syn i zarazem szef projektu i firmy. Słuchałam go z przyjemnością, zaangażowanie w to co robi, może „zarażać”. Wspaniały człowiek!! Projekt w ramach tzw. Justicia Restaurativa polega na resocjalizacji młodzieży przestępczej poprzez pracę, sport(boiska sportowe na terenie, organizacja rozgrywek rugby). Zapewnia opiekę prawną, psychologiczno-pedagogiczną, uczy wartości, rozmawiania bez agresji, negocjowania. Po najeździe tysięcy ludzi na tereny posiadłości, biedoty rozzuchwalonej pobłażliwością rządu i bezkarnością, teren ten charakteryzował się największą przestępczością w kraju. Syn właścicieli-Albert najpierw poszedł na kurs negocjacji, potem spotkał się z policją i szefami bandy, którym groziło więzienie. Dał im szansę pracy, potem przyszli inni. Rodzinom pomógł wybudować domy, teraz zaczynają się organizować „oddolnie”. Prości ludzie, z którymi spotkaliśmy się, mówili, że najważniejsze dla nich jest przywrócenie wartości rodzinnych, szacunek wzajemny, bezpieczeństwo i edukacja. Ludzie zaczęli się jednoczyć i pomagać sobie wzajemnie. Program” Alcatraz” to jakby ucieczka z więzienia w nowe życie, przynosi od kilku lat sukcesy i jest kontynuowany.(Jest to zapewne też przyczyną, że fabryka rumu i posiadłości nie zostały jeszcze znacjonalizowane!) Spotkaliśmy się z przedstawicielami miejscowej społeczności, którzy opowiadali o swoich problemach i zgodnie z tradycją , częstowali nas małymi kubeczkami kawy. Po terenie Santa Teresa poruszaliśmy się autentycznym starym pociągiem z przerobionymi kołami. Przewodnik pokazywał pola trzciny cukrowej, z której produkuje się melasę i po kolei produkty destylacji, które coraz bardziej nam się podobały! Dzień minął szybko i był okazją wielu ciekawych rozmów i informacji o kraju i mieszkańcach Wenezueli. Przy pożegnaniu otrzymaliśmy w prezencie płytę z kompozycjami stryja właścicieli-Fryderyka Vollmera. Zrewanżowaliśmy się zestawem dzieł Chopina w wykonaniu R.Blechacza. Dopiero w domu zwróciliśmy uwagę, jak bardzo muzyka Vollmera przypomina muzykę Chopina! Ten Niemiecki emigrant musiał być bardzo zauroczony muzyką naszego mistrza skoro po latach potrafił skomponować na drugim końcu świata utwory tak niezwykle podobne w stylu.

Wszystkich Świętych 1 listopada 2012r.

W Wenezueli- normalny dzień pracy, choć to kraj katolicki, nie czuje się tu Święta Zmarłych, trochę dekoracji Halloween, ale chyba mniej niż w Polsce. W sklepach dominują już ozdoby choinkowe. Byłam pierwszy raz na spotkaniu Associacion Diplomaticos. Działa w dużej mierze charytatywnie, ale jest też okazją spotkania przedstawicieli z całego świata, poznawania kultury Wenezueli. Spotkania organizowane są najczęściej w rezydencjach. Powoli poznajemy Polaków osiadłych w tym kraju. Gościliśmy ostatnio panią Ninę Novak, primabalerinę baletu polskiego, później amerykańskiego, która po poślubieniu konsula Wenezueli, przyjechała do tego kraju, by tu stworzyć pierwszą szkołę baletową. Teraz jej wychowankowie trafiają do najlepszych zespołów baletowych w wielu krajach.

11 listopada 2012r.

Byliśmy na uroczystej mszy odprawionej dla Polonii przez Ks. Urbańskiego - Polaka od przeszło 30 lat działającego w Wenezueli. Było to zarazem pierwsze spotkanie nowego ambasadora z Polonią. Nie obyło się bez krótkiego, patriotycznego przemówienia, ale najważniejsze były „ długie Polaków rozmowy” w serdecznej atmosferze po mszy i części artystycznej , w ramach której wystąpiła przewodnicząca Polonii ze swoim synkiem i wierszem "Kto Ty jesteś..." Polak mały- Piotruś miał ciemną skórę, kręcone włoski i choć nie przypominał wyglądem Polaka, ale dzielnie odpowiadał po polsku na pytania mamusi!!! Tyle wrażeń na zakończenie siódmego tygodnia pobytu w tym odległym kraju.

JOANNA OLENDZKA, Tunis, 10 maja 2011 :

Marzenia i niepokoje, jaśminowa rewolucja i droga Tunezji do demokracji

To już nasz trzeci rok pobytu w Tunezji z naszymi trzema dorastającymi synami. Z kraju kojarzonego głównie z turystycznymi kurortami licznie odwiedzanymi przez polskich turystów, Tunezja stała się nagle centrum politycznego zainteresowania świata. To tu w styczniu 2011 odbyła się jaśminowa rewolucja, pierwsza tego typu rewolta przeciwko dyktaturze we współczesnym świecie arabskim. Chyba nikt nie przewidział, że wszystko potoczy się tak szybko – młody człowiek, który podpalił się w proteście przeciwko wielkiemu bezrobociu dotykającemu szczególnie młodych, dobrze wykształconych ludzi, było kroplą, która przelała czarę goryczy. Dzięki powszechnemu dostępowi do internetu, młodzi ludzie mobilizowali się na forach społecznościowych do udziału w manifestacjach niezadowolenia przeciwko władzy. W ślad za postulatami gospodarczymi bardzo szybko pojawiły się żądania polityczne – wolności słowa, wolności mediów, uwolnienia więźniów politycznych, a wreszcie najważniejsze – ustąpienia rządzącego nieprzerwanie przez 23 lata Tunezją Prezydenta Ben Alego oraz jego żony Leili, którzy przekształcili Tunezję w kleptokrację par excellence. I stało się.
 Rozwój wypadków był tak dynamiczny, że po trzech tygodniach  protestów, znienawidzony dyktator wraz z liczną rodziną uciekł  pospiesznie z Tunezji. Teraz mieszka w Arabii Saudyjskiej, a  szwagier czeka na ekstradycję z Kanady. W ślad za Szwajcarią  kraje europejskie „zamroziły” jego majątek. Po ucieczce  Prezydenta Ben Alego euforia społeczeństwa nie miała granic. Coś,  co wydawało się kompletnie niemożliwe, stało się faktem.  Obserwowaliśmy nieprawdopodobny wybuch nadziei. Długo tłumione emocje zostały uwolnione. Ludzie zaczęli mówić, dzielić się swoimi przemyśleniami, marzeniami, pomysłami na rozwój własnego kraju.
Nasz pobyt w Tunezji stał się z dnia na dzień fascynujący.
 Jednak cena wolności okazuje się niestety ogromnie wysoka, gdyż  po rewolcie nadchodzi zwykle fala zjawisk postrewolucyjnych.  Oprócz częstych aktów przemocy, kradzieży, napadów i  codziennego poczucia zagrożenia, które jednak szybko daje się  oswoić, zdarzają się też niestety prawdziwe  tragedie. Taką było  dla nas bestialskie zamordowanie w lutym br. naszego bliskiego  przyjaciela, ks. Marka Rybińskiego, polskiego Salezjanina  pracującego w Tunezji. Był częstym gościem w naszym domu, dużo rozmawialiśmy, jeździliśmy wspólnie na wycieczki po Tunezji. Miał zaledwie 33 lata… Dla naszych synów był jak starszy brat… Jego pobyt w Tunezji był radosną, pełną oddania służbą ludziom zamieszkującym ten kraj, który tak bardzo ukochał. Skromny, otwarty, pełen entuzjazmu i akceptacji dla każdego człowieka… Ogromnie nam go brakuje.
Bardzo się cieszył, że Tunezyjczycy zrobili wszystko, by odzyskać godność. Czuł się ich bratem... Pisał: „W czasie pobytu w Tunezji moja relacja do muzułmanów zupełnie się zmieniła, ten strach przed terroryzmem, strach przed ekstremizmem jest zupełnie z boku. Tunezyjczycy są zupełnie innymi ludźmi niż sobie wyobrażałem wcześniej. Ta życzliwość, ciepło, tego mnie uczą..." Prezydent Bronisław Komorowski nadał pośmiertnie tragicznie zmarłemu ks. Markowi Rybińskiemu Krzyż Oficerski Orderu Odrodzenia Polski, za wybitne zasługi w kształtowaniu postaw moralnych dzieci i młodzieży, za dawanie świadectwa miłości do człowieka oraz osiągnięcia w pracy misyjnej. Wkrótce miną trzy miesiące od jego męczeńskiej śmierci…
Bardzo trudno było nam wszystkim otrząsnąć się z tej tragedii, zagłuszyć niepokój o dzieci, ale Tunezja potrzebowała i wciąż potrzebuje naszej przyjaźni i wsparcia. Polska stała się w tych ostatnich miesiącach jednym z najaktywniejszych krajów w regionie. Liczne delegacje polskich ekspertów, polityków, przedstawicieli organizacji pozarządowych, a wreszcie wizyta w Tunezji pod koniec kwietnia Prezydenta Lecha Wałęsy miały na celu dzielenie się z Tunezyjczykami naszym doświadczeniem udanej transformacji demokratycznej. Zewsząd odbieramy sygnały wdzięczności za tę pomoc i zaangażowanie Polski.
 Zawsze, ale może szczególnie podczas tak dynamicznych wydarzeń,  rola małżonki dyplomaty jest bardzo ważna. Poza codziennym  wspieraniem misji męża, staram się kontynuować moją działalność  sprzed rewolucji poprzez kontakty z organizacjami społecznymi  oraz tak zwanymi zwykłymi Tunezyjczykami – elitą i prostymi  ludźmi.
 Jako Prezes Stowarzyszenia Współmałżonków Szefów Misji  Dyplomatycznych akredytowanych w Tunisie przez trzyletni okres  mojej działalności, wraz z koleżankami z innych krajów, zdołałyśmy  wypracować dość pokaźny fundusz na koncie naszego komitetu charytatywnego. Ciężka praca przy organizacji kiermaszów dyplomatycznych, przedstawień teatralnych i koncertów charytatywnych sprawiła, że dzisiaj dysponujemy realnymi funduszami, by pomagać zwykłym ludziom w ich walce z biedą i przeciwnościami losu. Staram się jak najaktywniej organizować pomoc charytatywną potrzebującym, w tym ostatnim czasie szczególnie uchodźcom z Libii, którzy wciąż bardzo licznie przybywają na południe Tunezji.
 To morze potrzeb i każda pomoc jest tam na wagę złota. Nie  ukrywam, że ta działalność daje mi wielkie poczucie sensu naszej  obecności w Tunezji i pozwala zapominać o trudnych  doświadczeniach.
 Dla naszych synów obecne wydarzenia w Tunezji to prawdziwa  lekcja Historii, która dzieje się na ich oczach. Zaczynają cokolwiek  rozumieć z naszych wspomnień z lat 80-tych w Polsce. Widzą, jaką  cenę ma wolność i obserwują wraz z nami z przejęciem trudny  proces przechodzenia Tunezji od dyktatury do demokracji.
 Ufam, że ten trudny proces budowania demokratycznego państwa powiedzie się Tunezyjczykom. To mądrzy i wykształceni ludzie, którzy wiedzą jak osiągać cele i umieją znajdować kompromis. To przecież potomkowie Fenicjan. I choć będzie to z pewnością długa i trudna droga, to mam wielką nadzieję, że zakończy się sukcesem. A sukces Tunezji będzie sukcesem nas wszystkich.

ZOFIA ANANICZ Z PAKISTANU:

Bardzo dziękuję za informację o spotkaniu. Sercem będę z Wami. Dziś mijają 2 tygodnie od przyjazdu tutaj, aż się dziwię, że tak szybko. Tutejsze obrazki bardzo przypominają mi Afganistan sprzed lat, kiedy byliśmy na wyprawie etnograficznej, jeszcze przed wojną i mamy bardzo przyjemne wspomnienia. Na co dzień spotykamy się z serdecznością w sklepach, szczególnie, że mój mąż, jak się okazało, zrobił postępy w urdu. W przyszłym tygodniu zaczynamy oboje regularne zajęcia. Codziennie otrzymujemy 5-6 gazet w języku angielskim, które dają bardzo dużo informacji o Pakistanie i tutejszym życiu. Chciałabym się nauczyć nazw tutejszych partii, nazwisk ich liderów, poczytać wywiady z artystami, bo z nich też wyłania się tutejsze życie. Już trafiłam na działania kilku NGO, którym się może bliżej przyjrzę. Ale rozmiar potrzeb tego kraju jest olbrzymi! Ta lektura informuje, poucza, ale i stresuje, np. statystyki umieralności w Pakistanie na gruźlicę czy na zapalenie płuc są przerażające.…. Ale pisma też serwują inną stronę pakistańskiego Life Style – zdjęcia z pokazów mody tutejszych designerów (to się głównie odbywa w Karaczi i Lahore - kilkaset kilometrów od Islamabadu) – piękne tkaniny, stroiki całkiem, całkiem......
 Przyjechaliśmy we wspaniałej porze - temperatura 25-30 stopni, w  ogrodzie zielono, kwitną kwiaty, na drzewach jest bujne życie  ptasie, a nad drzewami latają polujące kanie (rodzaj  myszołowów).. W zeszłą sobotę pojechaliśmy kilkadziesiąt  kilometrów za Islamabad do Taxili, gdzie są wykopaliska cywilizacji  sprzed 3000 lat. Szkoda, że zabytki tej klasy są rzadko odwiedzane.  Ale też tu się stale coś dzieje, co nie zachęca turystów do    przyjazdu. Codzienna prasa przynosi informacje o zamachach  terrorystycznych w różnych częściach kraju, codziennie są jakieś ofiary śmiertelne. Nie ułatwia tez życia w muzułmańskim kraju spalenie na Florydzie Koranu. Już są spalenia Biblii, demonstracje itd. W tym tygodniu mieliśmy spotkania z polskim zespołem i z tutejszymi pracownikami pakistańskimi - posyłam fotkę z ogrodu. W przyszłym tygodniu kilka wizyt z kraju, natomiast Andrzej czeka na złożenie listów prezydentowi, aż się uzbiera jeszcze kilku „nowych”. Bardzo serdecznie pozdrawiam wszystkie Panie



Strona główna | Copyright by EBP | Szablon by Sliffka